Na Śląsku kobiety od zawsze miały mnóstwo zapału i determinacji. Potrafiły często dosłownie z niczego wyczarować coś. I tym sposobem nawet w dobie kryzysu dbały o wizerunek swój i całej swojej rodziny. Jeśli nie miały co na siebie włożyć samodzielnie szyły ubrania lub z racji wyjątkowych okazji udawały się do okolicznej szwaczki.
Nejmaszyna
Praktycznie kożdo Ślązaczka miała w domu maszynę do szycia – narzędzie niezbędne do tworzenia ubrań na beztydziyń i na specjalne okazje. Wykorzystując dzienne światło i wolną chwilę, tuż po tym jak bajtle poszły do szkoły, zasiadała za nejmaszyną i rozpoczynała pracę.
Atrybutami śląskiej gospodyni, która trudniła się szyciem były:
-
Sztopnadla – czyli rubo igła do szycia, która potrafiła przekłuć najbardziej oporny materiał.
-
Cwist – przędza, niezbędna do cerowania.
-
Szpyndliki – szpilki
-
Naparsztek – co by się nie ukłuć w trakcie mozolnego ręcznego szycia.
-
Zicherki – agrafki
-
Heknadla – szydełko
-
Myjtermas – miara krawiecka
-
Bigelbret – deska do prasowania, co by wygładzić przy pomocy zieloska, wszelkie zagniecenia.
Drobne domowe prace krawieckie
Domowe prace krawieckie ograniczały się często do napraw drobnych części garderoby: cerowania skarpet, łatania chłopu gaci i poprzeszywania znoszonych dziecięcych ubrań, tak by te ze starszych pasowały na młodsze.
Wizyta u krawcowej
Inspiracji do uszycia wytwornych kreacji można było szukać w mołdynheftach, czyli ilustrowanych żurnalach, które prezentowały najnowsze trendy mody kobiecej. Na podstawie wybranego kroju i fasonu można było dopasować coś do własnej sylwetki i poprosić o uszycie krawcową.
Co nietypowe w dzisiejszych czasach, idąc niegdyś do szwaczki należało być wyposażonym w materiał – sztof i w razie konieczności w podszewkę – futrowke, zamek błyskawiczny – rajsfeszlus lub guziki – knefle.
Krawcowa zawsze potrafiła doradzić co i komu pasuje, a dodatkowo umiejętnie pod sylwetkę wykonywała wykrój, czyli formę. By efekt szycia był zadowalający konieczna była przymiarka, czyli anproba.




