Dawniej na Śląsku, jeśli ktoś chciał nosić modną fryzurę wybierał się do golaca, czyli ówczesnego frizera.
Salon fryzjerski odwiedzali zarówno panowie, jak i panie, ponieważ każdy na wyjątkową okazję lub od święta pragnął dobrze się prezentować. Jeśli ftoś łod dawna niy był u golaca mówiło się: „Idź do golacza niych ci te szkuty łobszcziże”.
Frele i ich wele
Jeśli kobieta była lokata, czyli posiadała własne naturalnie kręcone włosy, nie musiała wydawać pieniędzy na wizytę u fryzjera. Frele, które tego szczęścia nie miały musiały golaca odwiedzać, by nadać włosom objętości i przez jakiś czas mieć z nimi spokój. Włosy nakręcano na wiklery, czyli wałki nawet na noc w doma, by utrzymać kosmyki we względnym ładzie. Jak kera była zamożniejsza lub pieniądze szparowała, to mogła pozwolić sobie na dałerwele, czyli trwałą ondulację – niegdyś zabieg drogi i ekskluzywny.
Miałeś glaca – problem z głowy
Najmniejszy problem mieli Ci, którzy byli łysi, ponieważ brak włosów znacznie ułatwiał sprawę. Glace – łysą głowę wystarczyło glancować, by się świeciła z daleka, czyli miechtała. Odpadał też problem z lojzkami, czyli wszami, które przechodziły na tych co włosów mieli wiela.
Szajtel ma chop i kożdy bajtel
Zarówno dawniej jak i dziś popularne było zaczesywanie przedziałka. Przedziałek w gwarze śląskiej to szajtel lub brozda. Mężczyźni i bajtle często nosili szajtel, co było wyrazem eleganckiego uczesania. Chopy odwiedzali golaca, by się łoszczic i łogolyć. Mężczyźni golili się również w doma brzitwom, ale w dobrym tonie było wybrać się do golaca, co by inni nie mówili, że chopa nie stać. Obowiązkiem każdego ojca, było przekazać synowi jak ostrzyć brzitwe na skórzanym pasku i nauczyć jak samemu się łogolyć.
By chopa nie kusiło czepiec się nosiło
Kobieta nie chcąc wodzić na pokuszenie chłopa na co dzień kryła swoje włosy pod chustką lub czepcem. Frele natomiast czesały swoje długie wele w warkocze, które tylko łod świynta były zawiązane kolorową, zdobną szlajfkom.
Jak za chopa się wydała włosów długich już nie miała
Kiedyś śląskim zwyczajem było obcinanie warkocza kobietom, które wydały się za mąż. Oczywiście młode dziołchy robiły wszystko, by uniknąć tego brutalnego procederu i ukrywały swoje długie włosy, zaczesując je do zadku na gładko, robiąc tuż nad karkiem warkocz, jaki następnie zwijały w ślimoka. W ten sposób włosy uchowały się pod chustką, a ich długość pozostawała tajemnicą.
By robić rozmaite upięcia niezbędne były wsuwki, czyli harnadle i szpangi – spinki. Dzięki nim włosy się nie rozsypywały i można było je ułożyć.
Mali chłopcy mieli szajtel, a dziewczynki pińcia, czyli grzywkę. Dopiero z czasem, gdy dorastały i z bajtla stawały się młodymi frelkami zaczesywały myjnę do tyłu i zaczynały zapuszczać ją do długości pozostałych włosów. Z czasem włosy się zrównały i dodawały uroku.
Mocz włosy w kamelkach a będziesz piekna frelka
Śląskie kobiety dbały o włosy, które poddawały różnym domowym zabiegom pielęgnacyjnym. Włosy flyjgowały, robiąc ziołowe płukanki. Najbardziej popularny był napar z kamelka – rumianku, który nadawał połysk i rozjaśniał kosmyki oraz z pokrziwy, jaka posiadała właściwości wzmacniające. Jeśli włosy były cienkie i nijak nie dało się temu zaradzić, kobiety zaczesywały sobie cubek, który od środka wypychały kawałkami szmatek, by włosy unieść odrobinę od nasady głowy. Na to przychodził harnec, czyli cienka siatka, która utrzymywała włosy w kupie, a na nią chustka, by wszystko skrzętnie zakryć. Obecnie w sklepach fryzjerskich i drogeriach są specjalne gąbki i pianki do modelowania fryzur i nadawania im objętości, kiedyś takich cudów niy było i kobity musiały sobie jakoś radzić.







