Wraz z nadejściem lata i upragnionych przez bajtli wakacji trefi się taki dzień, kiedy to będzie niesamowicie gorko, a duchota taka, że by wyrazić ją dobitnie trzeba użyć adekwatnego śląskiego słowa– hica.
Hica to po naszemu skwar, duchota i upał – na tyle doskwierający, że nawet po odpaleniu propelerwo czyli wentylatorów i zrobieniu przeciongu człowiekowi nadal pot po rzici cieknie.
NIE IDA DO ROBOTY BO JEST HICA!
Dawniej niy było klimatyzacji, więc niektórzy w pracy mieli hicyfraj – wolne z powodu upalnych dni. Pracownik zmęczony, któremu było gorko nie był tak wydajny, dlatego właśnie wcześniej ogłaszano fajrant, a niektórzy strzelali sobie w robocie bumelka. Kiedy była hica trudno było też pracować na grubie – bergmony, pracowali w pocie czoła i mogli liczyć jedynie na flaszka zeltru na ochłodę.
NIYDZIELNY WYPOCZYNEK W TRAKCIE HICY
Gdy na dworze skwar, a powietrze ciężkie i gorące, że prawie nie ma czym dychać cołki familie wybierała się na rajze ku wodzie coby potonkać giczoły. W ten czas łoblykało się bodykostium lub batki, a bajtle często chlapały się w wodzie tak jak je Ponbóczek stworzył, czyli po nagu.
Jednym słowem, jak było gorko w niydziela brało się deka, czyli koc i wylegiwało na nim, coby nogi opalić lub ochłodzić się w leżąc beztrosko wśród zieleni traw i cieniu drzew nad szumiącą wodą.





