OBLATY – ŚLĄSKIE FRYKASY Z WIELOLETNIĄ TRADYCJĄ

Przychodzą takie dni, gdy sami do końca nie wiemy, na co mamy ochotę. I choć jesteśmy pewni, że są na coś smaki, to nijak nie możemy zdefiniować, czym to owe „coś” jest. Tym sposobem zaczynamy sznupać po szafkach, szafeczkach, barkach i bareczkach szukając czegoś na tak zwany ząb.

DZISIEJSZE PRZYJEMNOŚCI

W dobie dzisiejszych czasów, w których rządzi konsumpcjonizm i czysto hedonistyczne podejście do życia nie łakniemy słodkości w takim stopniu jak miało to miejsce dawniej. Są one dosłownie w zasiągu ręki i jeśli tylko chcemy, to łatwo zaspokoimy wewnętrznego łasucha. W ten oto sposób zapominamy o prostych przyjemnościach, rezygnując z nich na poczet reklamowanych rarytasów.

Czy słusznie?

Istnieją takie smaki, które przywodzą na myśl czasy dziecięcej beztroski. Takie, które sprawiają, iż wspominamy to jak za bajtla bywało, gdy starka wypiekała kołacze, gdy mamulka robiła zaczyn na drożdżowe ciasto…

Tę tęsknotę podniebienia nazywamy inaczej smakami dzieciństwa.

DAWNE ŁAKOCIE

Wśród rozmaitych łakoci, które pamiętają jeszcze starsi, takich jak słodziutkie szkloki, czyli popularne śląskie landrynki, kopalnioki o charakterystycznym miętowo-anyżowym smaku, czekoladowe bombony i delikatne niczym obłoczki waty cukrowe są też takie pyszności, które definiują Śląsk. Tymi frykasami są właśnie Oblaty. Utkwiły one nie tylko w naszej pamięci, ale również wpisały się w bogatą cukierniczą historię Śląska.

Dawniej bowiem, gdy drobni kupcy i sprzedawcy rozkładali swoje jarmarczne stragany, pomimo ulicznej wrzawy i harmidru niosła się wręcz śpiewna reklama Śląskich Oblatów, która tłumnie zrzeszała bajtle przy niewielkich budkach, jakie wrosły w targowy krajobraz.

OBLATY, OBLATY, OBLATY!
Dlo bajtli, mamulki i taty,
I staroszkom by sie zdały,
Coby zymby nie blały!

Reklama była przyciągająca, ponieważ to przy sprzedawcach od drobnego gyszeftu ustawiały się często wianuszki dzieci, trzymające za rękę rodziców, między którymi wesoło tańcowały łakome wróble, wypatrujące choć małej słodkiej okruszyny.

Oblaty nie były kosztowne, więc mateczka czy tatulek nie potrafili odmówić maluchowi tak drobnej przyjemności. Tym bardziej, że od pokoleń Ślązacy wierzyli w moc zbożowego ziarna i wychodzili z założenia, że „Chop karmiony żurem z żytniej mąki ma siłę konia pasionego owsem”.

GDZIE DAWNIEJ MOŻNA BYŁO DORWAĆ ŚLĄSKI SMAKOŁYK?

Oblaty kupowane były w trakcie, gdy w mieście rozłożył się romel, czyli wesołe miasteczko, w czasie zakupów na targowiskach, podczas zabaw w parkach i przy ulicznych straganikach. Można było je nabyć za grosze, dlatego niewiele osób wypiekało je w domach według tradycyjnych receptur. Bo choć przepis prosty, to nie w każdej chałpie niósł się słodki zapach oblatów.

 

Dlaczego?

Do wypieku trzeba było specjalistycznej prasy, inaczej zwanej oblatnikiem, blatowym żelozkiem lub klyszczami, o jakim krążą legendy…

JO CI PRZAJA, DLATEGO WRĘCZAM CI OBLATY

Oblaty były nie tylko wyrazem matczynej czy ojcowskiej miłości, ale również symbolem miłości chopa do baby. Dawniej w trakcie pięknej parady przy Placu Króla Fryderyka Wilhelma IV w Bytomiu, w miejscu, gdzie mieściła się ujeżdżalnia koni garnizonowych, chopy dosiadali konie i w galopie pragnęli przechwycić z rąk kolegów Oblaty, by później wręczyć je swoim ukochanym. W tych uroczystych dniach paradnych to słodki krążek był iście miłosnym dowodem.

RARYTASY Z PRZESZŁOŚCI NA DZISIEJSZYCH PÓŁKACH SKLEPOWYCH

Jeśli się rozejrzymy to na półkach sklepowych dostrzeżemy niepozorne śląskie łakocie w postaci Oblatów. Co prawda miejsce zakupu nie jest już tak klimatyczne, ale zbożowe krążki wypiekane są nadal z niesamowitą dbałością o detale.

Redakcja

Redakcja serwisu TwojeStrony.info