Dawniej wszystko wyglądało inaczej, ale od zawsze wszystkich ciongnie na majowka.
ZANIM PIERWSZY MAJA STAŁ SIĘ ŚWIYNTEM ROBOTY
Dawniej na Śląsku tuż przed nastaniem maja młodzi chłopcy chadzali do lasu, by jeszcze pod osłoną kwietniowych nocy zerwać mojiki, czyli młode drzewka.
Nasuwa się pytanie, po co ta cała nocna wyprawa?
Otóż młode drzewka ofiarowywano frelomo, co było wyrazem tego, że chłopcy się w nich przoli.
Nim jednak mojik trafił przed chałpa frelki musiał być starannie ostrugany z kory i pozbawiony gałynźi. Pozostawiano jedynie zielony czubek, który stanowił zwieńczenie niczym pióropusz. Całość dodatkowo przystrojono blumami – kwiatami i różnokolorowymi szlajfkami.
Można zatem śmiało rzec, że to właśnie mojik kojarzony był z nastaniem pierwszych majowych dni.
POCHODY
Mijały jednak lata i z upływem czasu dzień piyrszego moja zaczęto obchodzić jako Świynto Roboty.
W ten czas chodziyło sie na pochody.
Obserwując wydarzenie, można było stwierdzić, że jest to wielge świynto, ponieważ uczestnicy pochodu byli łobleceni po niydzielnymu – chopy paradowali w odświętnych ancugach, skrywanych pod ortalionowymi mantlami – płaszczami, gdyż pogoda często nie rozpieszczała. Były lata, że zdarzał się w ten dzień śniyg abo hica.
Przezorni nie wybierali sie z doma bez mantlu, bo mogło loć. Prawdziwym nietaktem bowiem było mieć w trakcie pochodu taśki, do których można schować parasol. Dłonie miały być wolne, by dzierżyć w nich fana.
Jeśli ktoś miał torebkę, uczestnicy snuli domysły, co też może się w niej znajdować?
W takich taśkach przecież można schować nie tylko parasol ale też handgranata lub rebulik, a wtedy to byłaby prawdziwa zadyma.

