Upalny letni poranek… Siedzę sobie w kawiarni i popijam mrożoną latte, która pobudza zmysły i orzeźwia… Od czasu do czasu wyściubiając nos zza gazety przez szklaną witrynę obserwuję ludzi pędzących do pracy i spacerujących po chodnikach, którzy w ferworze codziennych obowiązków cały czas pędzą. To co widzę przeraża mnie i fascynuje, ponieważ dostrzegam jak jednocześnie różnorodne i kosmopolityczne potrafi być nasze społeczeństwo. Każda z osób wygląda inaczej. Nie ma reguły, co do stylu noszenia się, żadnego Dress code’u, jaki wyznaczałby kto, gdzie pracuje, czy też jaką rolę pełni na co dzień. Komercyjne marki zdominowały rynek modowy, nie można zatem często określić na podstawie stroju, czy dana osoba jest zamożna, czy też biedna i może jedynie wyląd na kloszarda, bo fascynuje się modą hipsterów.
Multum wpływów i naleciałości z różnych kultur. Jednym słowem modowy miszmasz.
Obserwując modę uliczną możemy dostrzec, jak duży wpływ na codzienny strój ma wizerunek kobiety i mężczyzny kreowany w mediach. Na łamach wielu magazynów modowych czytamy artykuły, dotyczące najnowszych trendów, które napływają do nas
z zagranicy i w mig adoptują się w codziennych realiach. Inspiracji można zasięgnąć również eksplorując bezkresne zasoby Internetu. Swoje propozycje na ciekawe stylizacje przedstawiają blogerki i blogerzy z całego świata. Jest to istna kopalnia wiedzy, gdyż każdy bloger, pragnąc zaprezentować się w pełnej krasie oferuje coś, co wyraża jego osobowość
i odzwierciedla styl, przy okazji podpowiadając, co można zrobić, by podążać za modą
i być na topie.
A jak było dawniej?
Co stanowiło wyznacznik dobrego smaku?
Jak nosiły się nasze babki i dziadkowie, którzy zamieszkiwali tereny Górnego Śląska?
Jak pisze Barbara Szmatloch w swojej książce, pt.: „Wihajster do godki” niegdyś świat mody rządził się innymi prawami.
„Downi ludzie u nos łoblykali sie inaksi „na beztydziyń” a inaksi na niydziela – do kościoła albo na szpacer. I nigdy niy chodziyło ło to, coby było modnie – miało być stosownie, tradycyjnie
i praktycznie”.
Jak możemy wnioskować na podstawie przytoczonego fragmentu książki, codzienność dyktowała, jak wyglądał człowiek. Starano się dostosować do realiów życia codziennego, przywdziewając na siebie takie odzienie, które było wygodne – nie ograniczało ruchów podczas pracy, czy też w trakcie codziennych obrządków domowych lub stanowiło wyraz szacunku do dnia, w którym należy poświęcić się sprawom duchowym, modląc się
i odpoczywając. Dlatego też do dziś w mniejszych miejscowościach, również w naszym powiecie możemy zauważyć, że ludzie, zwłaszcza starszego pokolenia, wyznają tę zasadę
i noszą się inaczej udając się do kościoła a inaczej w dzień powszedni. Niedziela jest dniem, w którym można, a nawet wypada ubrać się odświętnie, podkreślając, iż dzień święty należy święcić. Wśród młodego pokolenia tradycje przestają być tak istotne i nawet
w niedzielę ludzie kierują się wygodą i sugerowanymi powszechnie trendami, które obowiązują niezależnie od dnia tygodnia.
Niegdyś wśród naszych babć i dziadków panowało przekonanie, iż niestosownym jest epatowanie nagością i nadmierne odkrywanie części ciała, stąd też strój znacznie się różnił w porównaniu do tego, jak wygląda to obecnie. W tamtych czasach również zdarzało się, że: „trefiył sie jakiś „cudok” i wszyscy ło niym godoli, co wyglondo keby „Kasper Ololo”.
Co oznacza, że dawniej taż zdarzały się osoby, które wyróżniały się swoim stylem na tle społeczeństwa, co było odbierane nie jako wyraz ekstrawagancji, lecz zwykła fanaberia,
a nonszalancki jegomość był dziwolągiem, którego wytykano palcami, bądź ukradkiem się z niego podśmiewywano. Osoba kolorowa w galotach w sztrajfki, szaket w kratka, cerwono koszula i żółtych szczewikach była określana jako pajac, czyli Kasper Ololo – kukiełka z teatrzyku. W sytuacji, gdy kobieta nadmiernie się stroiła Ślonzoki godały nawet: „niy kaspruj” (co w języku gorola oznacza nie pajacuj), „dej se pozor, cobyś niy wyglondała jak Kasper Ololo”. Zauważamy zatem, iż powiedzenie to nie odnosi się jedynie do mężczyzn, ale również do kobiet. Zawsze jednak było i jest wyrazem przesadyzmu i czegoś co naraża na śmieszność.
W śląskich cajtongach panie mogły podziwiać wizerunek kobiety piorącej ubrania
w Persilu, który zgodnie z reklamą miał prać i dezynfekować, a dodatkowo sprawić, że bielizna odzyska utraconą biel.
Reklama adresowana do kobiet sprawiła, że zapragnęły one wyglądać jak „dama z persilu”.
Rysunek kobiety, prezentowany również w formie plakatów rozwieszanych na mamlasach na tyle podobał się paniom, iż stał się wyznacznikiem kobiecości, do którego ówczesna frela pragnęła dążyć.
Jak widać niezależnie od czasów w jakich żyjemy zawsze społeczność kierowała się pewnymi prawidłami i podobnie jak dziś podatna była na wpływ reklamy.
W dobie masmediów różnice kulturowe ulegają jednak zatarciu, ponieważ króluje wizerunek komercyjny – ukazywane są trendy przewidziane dla mas, stanowiące swego rodzaju uniwersum. Jest to opcja bezpieczna, jeśli ktoś chce wyglądać modnie i nie ma pomysłu na to, jak wypracować własny styl.
Ze swojej strony zachęcam do czerpania inspiracji również z opowieści starszych kobiet, które pamiętają dawne czasy i to, jak niegdyś wyglądała kobieta. Być może drobne akcenty folklorystyczne, zwłaszcza w sezonie letnim odświeżą naszą garderobę.

